Witam po- świątecznie i przed- sylwestrowo! W tym czasie, kiedy tworzy się listy postanowień oraz rozmyśla nad planami na kolejny rok, postanowiłam coś napisać i tym samym reaktywować niejako bloga. Ostatni raz pisałam tu pod koniec maja, kiedy to kończyła się moja przygoda z Erasmusem w Budapeszcie. Co działo się u mnie od tamtego czasu? Otóż, na początku czerwca powróciłam nocnym pociągiem z walizami do Polandii, jak ją pieszczotliwie nazywam, by następnie zdać jeszcze jakieś egzaminy, coś podpisać, coś załatwić, odebrać wizę, postać kilka pięknych dni oraz nocy w kolejce do dziekanatu, obkupić się w przeróżności i wkońcu!- wyruszyć 14 czerwca o świcie do stolicy z której to odleciałam po raz drugi do Stanów Zjednoczonych. Tam też przebywałam aż do 1 października, pierwsze 2,5 miesiąca pracując, pozostały miesiąc podróżując. Gdzie? Było znów Chicago, potem przeprawa przez pół stanów przeróżnymi autokarami na południe, aż do samego Miami, następnie niesamowity skok ze spadochronem, kilka nocy u szalonego, przemiłego couchsurfera z moją węgierską towarzyszką podróży. Dalej, po rozdzieleniu, wsiadłam w środku nocy w kolejny autokar by opuścić Florydę i samodzielnie przejechać się do malowniczej Luizjany i na własne oczy zobaczyć Nowy Orlean. Tam to spróbowałam pysznych ostryg, zimnego piwa nad rzeką Missisipi i tym podobne. Znów jednak wywiało mnie gdzieś, a mianowicie w strone słonecznej Kalifornii, zanim jednak tam dotarłam- nie obyło się bez przejechania calusieńkiego Teksasu, podziwniania sprawnych służb amerykańskich na granicy meksykańskiej i osobistych rewizji, bezsenności w New Mexico, które musiałam zobaczyć ze względu na moje ogromne zainteresowanie historią z Roswell, nieokiełznaną sympatię do UFO oraz, przede wszystkim do serialu Breaking Bad ( polecam!). Co dalej? Ano dalej był uroczy wschód słońca w Arizonie, przez którą to przejeżdżałam kolejny już raz, następnie przeziębienie, pokasływanie i uporczywy katar w lodowatym wnętrzu autokaru międzystanowego Greyhound, w czasie przejazdu przez rozgrzaną do 45 stopni kalifornijską pustynię. Gdy wkońcu zjawiłam się w słonecznym San Diego, oczekiwał na mnie nie kto inny jak Polak! Tak, Polak mieszkający w SD, który to dzięki uprzejmości swego samochodu pokazał mi 5 plaż, klify, restauracje, parki i sklepiki, po czym odstawił do hostelu, gdzie po przespaniu 3 godzin, nadal w ciemnościach zebrałam się na kolejny autobus, tym razem do LA. W LA szybciutko na lotnisko, terminal 3, szybka lokalizacja stewardess noszących kwiatowe naszyjniki i już leciałam nad kolejnym oceanem - destination: Honolulu, HAWAII! A tam już raj, no raj po prostu. Dodać do tego spotkanych przypadkowo rodaków, poznaniaków = wakacje idealne. Po tygodniu byczenia się powrót na Mainland, samotna nocka na LAX i poranny przelot do Bostonu. Następnie moje stare, kochane NYC, Beyonce, Sting, Jay-Z i inni za darmoszkę w Central Parku, dwa dni w Waszyngtonie, 2 dni u najcudowniejszej polskiej au-pair na świecie, btw., mojej przyjaciółki od liceum, na Long Island, kilka godzin na wymarłej pod koniec września Coney Island, i już, już- pakowałam znów przepastne walizy do samolotu przez ocean i powróciłam na zimny wschód naszego pięknego kraju, gdzie tak aż do dziś, z przerywnikami oczywiście, przebywam. Tu na dzikim, zwariowanym wschodzie studiuję, pracuje, tańcze i śpiewam wciąż w oczekiwaniu na kolejną podróż.
Zanim jednak wszystko to opisze i okraszę zdjęciami, w kolejce do opisania wciąż czekają moje inne podróże, jeszcze trochę o Erasmusie, moich planach na przyszłość, o moim au-pairkowaniu za-niedługim, postanowienia podróżnicze na 2015, o sprawach bieżących, i wiele wiele innych!
Na koniec mały insta-mix.
No comments:
Post a Comment