29/12/2014

#plans

Witam ponownie;) Jako że ten blog ma być też trochę moim dziennikiem podróżniczo- codzienno- lajfstajlowym, dzisiejszą notkę poświęcę na moją osobistą listę rzeczy do zrobienia w tym nowym, 2015 roku. Jako że kocham wszelkie listy typu "to do","things to do before I die" i tak dalej, na liście znajdzie się też kilka moich osobistych, prywatnych marzeń do spełnienia i odchaczenia "przed śmiercią". Kto wie, może ktoś z Was poczuje się przez któryś z moim podpunktów zainspirowany/a.
Do dzieła więc:
1. W czasie pobytu na stypendium któregoś pięknego dnia dowiedziałam się o projekcie "100happydays" , który polega na dodawaniu każdego dnia (przez 100 dni) zdjęcia na ulubiony serwis społecznościowy (insta/ fb/ twitter/ tumblr/ pinterest/ itp) obrazującego coś, co wywołało na naszej twarzy uśmiech, uszczęśliwiło nas, sprawiło, że poczuliśmy się lepiej. Każde zdjęcie opatrzyć trzeba hashtagiem #100happydays. Z miejsca wzięłam udział w wyzwaniu i udało się, dodawałam na swój tumblr zdjęcia aż do okoła połowy wakacji, i musze przyznać, że projekt naprawdę daje niesamowite efekty. Są dni, kiedy oczywiste jest, co wstawimy, a podkreślenie tego, że coś dobrego nas spotkało, potęguje tylko radość. Są też dni, kiedy mamy wrażenie że zupełnie nic dobrego się nie wydarzyło i pstryknięcie "fotki" sprawia problem, jednak coś zawsze znajdujemy, a to naprawdę nauczyło mnie szukania pozytywów w małych, codziennych rzeczach. Z persepktywy czasu widzę, że projekt naprawdę pokazał mi jak szczęśliwym można być ciesząc się tym, co się ma i przede wszystkim naprawdę aż przez 100 dni na mojej twarzy gościł uśmiech!
Z tego właśnie powodu w tym roku postanowiłam zdobyć się na wysiłek i koontynować kolejny, tym razem dłuższe wyzwanie, mianowicie 365grateful. Polega on na tym samym, jednak wstawiamy zdjęcie rzeczy/osoby/zdarzenia/czego tylko chcemy tego, za co jesteśmy wdzięczni. W tym momencie jestem na dniu 47, idzie mi całkem nieźle. Koontynuacja tego projektu jest więc moim numerem 1 na rok 2015;)

2. Skok na bungee. W tym roku odważyłam się skoczyć ze spadochronem i jako że była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu, baaaaardzo (!!!) chce skoczyć ponownie. Jednak zaraz po tym, prawdopodobnie będąc w Stanach, ustawiam się w kolejce do do skoku na bungee. Wiem, że podobno wymaga to jeszcze większej odwagi, ale tym bardziej chce to zrobić, by pokonać lęk i poczyć znów, że wszystko jest możliwe. Jeszcze nie wiem gdzie dokładnie, myślę jednak nad okolicami Niagara Falls.

3. Ostatecznie i mega komunikatywnie nauczyć się hiszpańskiego i wyjechać na kilku-miesięczne praktyki do Hiszpanii. Hiszpańskiego uczyłam się 3 lata w liceum, wtedy to wyjechałam również wymianę i mieszkałam z hiszpańską rodziną, następnie z koleżanką przeżyłyśmy hiszpańskie wakacje życia w Lloret de mar (ah, jak dawno to było- 6,7 lat temu?!) by na studiach przez 2,5 roku kontynuować naukę i wkońcu całkiem nieźle zdać egzamin na poziomie A2/B1. Aktualnie mój poziom oscyluje właśnie na poziomie B1, jednak podwyższenie go jest w tej chwili dla mnie priorytetem i dalej się uczę. Wyjazdu na praktyki jako celu prawdopodobnie nie uda mi się zrealizować przed  końcem 2015, ale kto, wie, może? Wszystko zależy od ilości czasu i w jakim kraju akurat będę, bo propozycji , ofert i wyjazdów jest mnóstwo, zorganizować to wszystko mogłabym i w miesiąc, więc dla chcącego nic trudnego. 

Bruksela 
4. Od wielu lat poluje na tanie bilety lotnicze/autokarowe i nie jest sekretem dla tych, którzy mnie znają, że za groszę poleciałam kiedyś między innymi do Londynu, Oslo czy Sztokholmu, raz nawet mama przyjechała do mnie do Wiednia za wyszukany dla niej bilet za 1zł. W tym roku moim mega marzeniem które jest naprawdę blisko zrealizowania jest wycieczka do Brukselii i Brugii, wiadomymi liniami lotniczymi jednak ceny nie te, co kiedyś, nadal jednak całość mieści się poniżej 100zł. Następnie jeszcze taniej mam zamiar wybrać się na wycieczke do krajów nadbałtyckich, tym razem chyba zupełnie sama - z mojego wywiadu środowiskowego wynika iż ludzie nie są           
zainteresowani wyjazdem ze mną z kilku powodów
Brugia
- a). kraje nadbałtyckie? czyli co? Litwa,Łotwa? 
przecież jest zimno; 
b). autokarem? to ile się będziemy tłuc?; 
c). Estonia? Tallin? No pięknie tam pewnie jest 
ale jakoś mnie te klimaty nie kręcą;
d). przecież zbieramy na Amerykę Południową w
2017! nie wydawaj pieniędzy!. 
Pojade sobie sama i o! Jeszcze lepiej;)
Ryga
 A więc w cenie 75zł w dwie strony na kartce rozpisałam plan podróży autkarowej przedstawiającej się tak- Dziki Wschód-Warszawa-Wilno-Ryga-Tallin(po 2,3 dni w W,R,T) i z powrotem Wilno, Warszawa- Dziki Wschód.
W mojej głowie wszystko już 
Wilno


zaplanowane, informacji o tym jakie to linie
autokarowe sprzedają tak tanie bilety w tamte 
rejony mogę udzielić po uprzednim napisaniu do
mnie, jednak tym, którzy śledzą newsy o tanim
podróżowaniu i wyrastające jak grzyby po 
deszczu strony na ten temat linie to są zapewne znane. 
Cóż, miała być lista, wyszło opowiadanie, żeby Was nie zanudzić ilością tekstu podzielę moje plany na kilka wpisów- cóż, jest tego jeszcze więcej niż sporo:)
Tallin

27/12/2014

#guess who is back

Witam po- świątecznie i przed- sylwestrowo! W tym czasie, kiedy tworzy się listy postanowień oraz rozmyśla nad planami na kolejny rok, postanowiłam coś napisać i tym samym reaktywować niejako bloga. Ostatni raz pisałam tu pod koniec maja, kiedy to kończyła się moja przygoda z Erasmusem w Budapeszcie. Co działo się u mnie od tamtego czasu? Otóż, na początku czerwca powróciłam nocnym pociągiem z walizami do Polandii, jak ją pieszczotliwie nazywam, by następnie zdać jeszcze jakieś egzaminy, coś podpisać, coś załatwić, odebrać wizę, postać kilka pięknych dni oraz nocy w kolejce do dziekanatu, obkupić się w przeróżności i wkońcu!- wyruszyć 14 czerwca o świcie do stolicy z której to odleciałam po raz drugi do Stanów Zjednoczonych. Tam też przebywałam aż do 1 października, pierwsze 2,5 miesiąca pracując, pozostały miesiąc podróżując. Gdzie? Było znów Chicago, potem przeprawa przez pół stanów przeróżnymi autokarami na południe, aż do samego Miami, następnie niesamowity skok ze spadochronem, kilka nocy u szalonego, przemiłego couchsurfera z moją węgierską towarzyszką podróży. Dalej, po rozdzieleniu, wsiadłam w środku nocy w kolejny autokar by opuścić Florydę i samodzielnie przejechać się do malowniczej Luizjany i na własne oczy zobaczyć Nowy Orlean. Tam to spróbowałam pysznych ostryg, zimnego piwa nad rzeką Missisipi i tym podobne. Znów jednak wywiało mnie gdzieś, a mianowicie w strone słonecznej Kalifornii, zanim jednak tam dotarłam- nie obyło się bez przejechania calusieńkiego Teksasu, podziwniania sprawnych służb amerykańskich na granicy meksykańskiej i osobistych rewizji, bezsenności w New Mexico, które musiałam zobaczyć ze względu na moje ogromne zainteresowanie historią z Roswell, nieokiełznaną sympatię do UFO oraz, przede wszystkim do serialu Breaking Bad ( polecam!). Co dalej? Ano dalej był uroczy wschód słońca w Arizonie, przez którą to przejeżdżałam kolejny już raz, następnie przeziębienie, pokasływanie i uporczywy katar w lodowatym wnętrzu autokaru międzystanowego Greyhound, w czasie przejazdu przez rozgrzaną do 45 stopni kalifornijską pustynię. Gdy wkońcu zjawiłam się w słonecznym San Diego, oczekiwał na mnie nie kto inny jak Polak! Tak, Polak mieszkający w SD, który to dzięki uprzejmości swego samochodu pokazał mi 5 plaż, klify, restauracje, parki i sklepiki, po czym odstawił do hostelu, gdzie po przespaniu 3 godzin, nadal w ciemnościach zebrałam się  na kolejny autobus, tym razem do LA. W LA szybciutko na lotnisko, terminal 3, szybka lokalizacja stewardess noszących kwiatowe naszyjniki i już leciałam nad kolejnym oceanem - destination: Honolulu, HAWAII! A tam już raj, no raj po prostu. Dodać do tego spotkanych przypadkowo rodaków, poznaniaków = wakacje idealne. Po tygodniu byczenia się powrót na Mainland, samotna nocka na LAX i poranny przelot do Bostonu. Następnie moje stare, kochane NYC, Beyonce, Sting, Jay-Z i inni za darmoszkę w Central Parku, dwa dni w Waszyngtonie, 2 dni u najcudowniejszej polskiej au-pair na świecie, btw., mojej przyjaciółki od liceum, na Long Island, kilka godzin na wymarłej pod koniec września Coney Island, i już, już-  pakowałam znów przepastne walizy do samolotu przez ocean i powróciłam na zimny wschód naszego pięknego kraju, gdzie tak aż do dziś, z przerywnikami oczywiście, przebywam. Tu na dzikim, zwariowanym wschodzie studiuję, pracuje, tańcze i śpiewam wciąż w oczekiwaniu na kolejną podróż.
Zanim jednak wszystko to opisze i okraszę zdjęciami, w kolejce do opisania wciąż czekają moje inne podróże, jeszcze trochę o Erasmusie, moich planach na przyszłość, o moim au-pairkowaniu za-niedługim, postanowienia podróżnicze na 2015, o sprawach bieżących, i wiele wiele innych!
Na koniec mały insta-mix.


21/05/2014

#10 things about Hungary

Witam z upalnego dziś Budapesztu. Nadal przebywam na Erasmusie i nadal żyję w madziarskim kraju:) 
Choć czas ten się już powoli kończy, postanowiłam napisać o 10 rzeczach, które zdziwiły mnie na Węgrzech, o których nie wiedziałam, a dowiedziałam się/zauważyłam podczas pobytu tutaj:) 

moja stopa i niesamowita miejscówka którą znalazłam:)

Mam nadzieje, że chociaż część będzie dla Was niespodzianką:) Do dzieła więc :

# "S" to w języku węgierskim "Sz" , i odwrotnie. Węgrzy wiedzą, że cała reszta świata wymawia te litery odwrotnie, ale nie obchodzi ich to- tak jest poprawnie i cała reszta świata jest w błędzie. Mamy więc np. "szandłicze" , "szteki" oraz "szexshopy". 

widok z mostu Małgorzaty

# Mimo iż Hungaria (:P) nie ma dostępu do morza, nie ma też zbyt wielu jezior (oprócz, oczywiście, Balatonu) , ich najsłynniejszymi sportowcami/olimpijczykami są pływacy, kajakarze i inni trudniący się sportami wodnymi, z czego są bardzo dumni.

"jak się człowiek spieszy to się tramwaj cieszy":P

# Przez pierwsze 2 tygodnie tutaj nie mogłam pojąć, dlaczego aż tak wielu ludzi na ulicy krzyczy do mnie "See ya"- wciąż to see you i see you (wymawiane jak "ja"). Myślę sobie - mają nadzieję, że jeszcze mnie zobaczą? Haha. "Szia" wymawiane "sija" oznacza u nich "cześć, dzień dobry, do widzenia, hej, siema, co tam"- można je powiedzieć zawsze i wszędzie, do wszystkich.

Budapesztański street-art

# Węgrzy myślą, że biały ser (twaróg) to ich wynalazek. Nazywają go swoim "typowym serem" , i chwalą się nim przed obcokrajowcami, myśląc, że nigdzie poza ich pięknym krajem nie można go dostać. Opisując go, np. francuzom ( którzy rzeczywiście nie mają pojęcia, co to za ser) używają określenia "no wiesz, to taki, biały, crumbled".

Wyspa Małgorzaty:)


# Mieszka tu niesamowicie dużo Romów/Cyganów. Jest to wręcz niesamowite. Akurat mieszkam w takiej budapesztańskiej dzielnicy, gdzie codziennie widuję całe rodziny siedzące na tobołach, ponad którymi unosi się zielona szczęśliwa trawiasta chmura. Palą babcie, dziadkowie, rodzice, a dzieci wdychają. I wszyscy są szczęśliwi, a gdy już przestają być szczęśliwi, rozrzucają ciuchy na ulice, po czym nie obchodzi ich już to, co się z tymi ciuchami stanie. Dlaczego tak jest ? Dlaczego nie chcą już tych ubrań? Nie mam pojęcia. I tak widuję ogromne kopce ubrań , do których podchodzą starsze Panie w gromadach, co nieco dla siebie podbierając, wymieniając się uwagami, co jest warte wzięcia, a co nie. Ostatnio zareagował na to nawet tutejszy rząd, obwieszczając, iż "sterty" te , jeśli nie zostaną złupione przez okoliczną ludność, będą musiały być wywiezione na koszt państwa, a budżet kuleje, więc "zabierajcie i adios".

most Elżbiety

# Od jakiegoś roku, w stolicy obowiązuje ustawa mówiąca o tym, że wszystkie taksówki mają być żółte. Tylko i wyłącznie żółte. Mamy tu więc taki mały Nowy Jork :)

Parlament od tyłu


# Papierosy oraz alkohol wysokoprocentowy można nabyć tylko i wyłącznie w sklepach "Nemzeti" czyli w wolnym tłumaczeniu krajowych, rządowych - które to rzadko otwarte są po 22. 

widok z "zielonego" mostu po zachodzie słońca 


# Rubik, ten od słynnej kostki, był Węgrem - tak wiem, dowiedziałam się dopiero teraz haha:P - obchodzi się tu również dzień kostki Rubika, który był bodajże przedwczoraj (19 maj).

forinty $$$ :D


# Węgrzy są narodem bardzo mało religijnym - jest tu wiele świątyń różnych wyznań - m.in największa Synagoga w Europie (druga największa na świecie), ale zdecydowana większość deklaruje ateizm. Co więcej , spotkałam się z potępianiem religii i nazywania wiary w kogokolowiek/cokolwiek "fanaberią".

moja ulubiona różowa kamienica!


# Zaskoczyło mnie, jak wiele Węgrów rzeczywiście mówi dobrze po angielsku. Myślałam, że jest z tym u nich o wiele gorzej. Jednak są oni pomocni i zorientowani- większość na ulicy będzie potrafiła nawet i łamanym angielskim wytłumaczyć Ci np. jak gdzieś dojść. Co denerwujące ( dla mnie osobiście) to ich pernamentne nie wymawianie litery "w" jak "ł" czyli np. nie mówią "Łell" tylko "well" z mocnym akcentem na "w".

ulica, którą chodzę codziennie + mój tramwaj


Na koniec chciałam tylko dodać, że wszystko to są wyłącznie moje obserwacje, a więc rozumiem jeśli ktoś nie zgadza się z moimi opiniami:)  Zdjęcia jak widać nie ilustrują w ogóle tekstu - są to po prostu moje migawki z codziennych spacerów:)


06/04/2014

#dreams




No cóż, dzieje się! Mój Erasmus już troszkę za połową, co zaczyna mnie trochę smucić. Sporo rzeczy na mojej liście "to do while I'm here" jeszcze do zrobienia. M.in. wyjazd do Wiednia, Chorwacji, wizyta w budapesztańskim zoo, termach, aqua parku, czy w teatrze. Z ostatnich wypadów, zaliczyłam przepiękną Operę oraz urokliwe miestaczko położone na północ od Budapesztu- Szentendre. Dziś niedziela, co oznacza, że jutro czeka mnie bardzo ważny test z języka węgierskiego - trzymajcie kciuki, to będzie bardzo ciężki orzech do zgryzienia...

Czas mija bardzo szybko, popijam kawkę i rozmyślam o tym wszystkim... W poprzedni weekend wybrałam się do parku - ze względu na to, iż pogoda tu od jakiegoś miesiąca jest po prostu niesamowita. W moim rodzinnym mieście w Polsce, nie najcieplejszej części kraju- takie temperatury jak tu (15-20 stopni od początku marca)  to rzecz, która raczej się nie zdarza. A tu? Mam wrażenie, że jestem niesamowicie rozpieszczana przez słońce, wyraźnie czuję inny, bardziej południowy klimat. Zielona trawka, kwiatki, słońce które opala już od kilku tygodni - tak, zdecydowanie to jest to!

Na zdjęciach- klimaty nauki ( bez kawy się nie obędzie), Opera oraz największy park w Budapeszcie, ja siedząca i opalająca się na zielonym moście (ku zdziwieniu przechodniów- doczekałam się nawet sesji zdjęciowej od chińskiej rodzinki) , oraz zdjęcie z przed mojej ulubionej lodziarni (Lavendula) w której spróbować można najpyszniejszych na świecie lodów lawendowych (polecam!) oraz innych, równie oryginalnych smaków.

Jestem też wielką fanką wyspy św. Małgorzaty. Bywam tam naprawdę często, a to ze względu na otoczenie- kwiaty, parki, altany, mnóstwo ludzi, zielonej trawy, wszechobecne rodziny uprawiające sport, mnóstwo pikników, czy po prostu ludzi opalających się, zajadąjących langosze czy tak jak ja- wylegujących się z książka pod drzewkiem. Cudowny klimat, a dookoła widoki na rzekę i promenady wzdłuż Dunaju z zapierającą dech architekturą.
Może właśnie przez tą ilość słońca, którą wchłaniam, czuję, że moja głowa pęka tu od pomysłów i codziennie łapie się na rozmyślaniu o przyszłości, marzeniach czy planowaniu co bym tu jeszcze chciała zrobić. Kocham to uczucie, że jeszcze tyle marzeń do zrealizowania, tyle planów których realizacja wydaje się niesamowicie
ekscytująca i warta wysiłku.



Już niedługo, już niedługo! - myślę sobie - będę znów w USA , potem będę au-pair -ahhh, nie moge się doczekać. A znów innym razem myślę - chcę zacząć studia na jeszcze jednym kierunku - przecież nigdy nie jest za późno, by zacząć robić to, o czym się zawsze marzyło. Chcę być stewardessa w Ryanairze? Czemu nie? Innym razem mówię sobie- prawko nadal nie zdane, kurs leży i czeka na dokończenie, a przecież już tyle lat, tyle lat minęło! Ale zrobi się i to! Tymczasem motywuje się oglądając zdjęcia osób i czytając niesamowicie inspirujące cytaty, zabieram się za naukę węgierskiego a w głowie mam myśl- uda się , uda- spełnie wszystkie swoje marzenia! Bo nie ma rzeczy niemożliwych i jak się bardzo, bardzo chce- to można!


 

18/03/2014

#erasmus baby

A więc, jestem tu, na Erasmusie, już 1,5 miesiąca! Czas leci niesamowicie. Przepiękny Budapeszt, niezapomniany czas- tyle w skrócie. Przed wyjazdem czytałam- Erasmus- szkoła życia. No cóż, sprawdziło się w 100 %.
Czasem bywa ciężko, czasem jest cudownie. Nie żałuje 
jednak podjętej decyzji i wiem, że gdy przyjdzie dzień wyjazdu,
będę miała w pamięci tylko te cudowne, niezapomniane chwile. 
Jak narazie z wyjazdów zaliczyłam tylko Szeged przy granicy z Serbią, oraz Piliscabe - małą  wioskę na północ od Budapesztu, w górach. Niedługo wybieram się do Wiednia, natomiast w maju planuję odwiedzić Chorwację. 
Plusy? Imprezy, imprezy, imprezy, ludzie, samodzielność, wolność, nauka języka - taaaaaaaaaaak, ucze się węgierskiego. Haha. Nie powiem, jest ciężko. Węgierski nie należy do łatwych, w moim odczuciu jego brzmienie to coś pomiędzy szorowaniem papierem ściernym po tablicy a głośnym i długim śmiechem czarownicy. Stwierdziłam jednak, że drugi raz taka okazja się nie powtórzy, skoro jest kurs, jest za darmo, to a nóż - może węgierki kiedyś mi się przyda? Poniżej nazwa mojego przystanku tramwajowego- tzw. "Plac 32-óch" ...

Poważnie mówiąc, gdyby ktoś pół roku temu powiedział mi że będę studiować prawo w Budapeszcie i uczyć się węgierskiego - bo po pierwsze nigdy nie było moim marzeniem uczyć się języka madziarów, a po drugie - nie studiuje przecież prawa- stwierdziłabym - hahahaha. 
Ale stało się! Stypendium się dostało, walizki się spakowało, bilecik się kupiło - i oto jestem. Muszę stwierdzić, że zdziwiłam się faktem, jak szybko potrafię się odnaleźć w nowym miejscu i jak bardzo lubię zmiany. Wiedziałam o tym już w wakacje, w USA- ale tam wszystko było mi podane jak na tacy- tzn. może nie do końca, ale jednak. Budziłam się każdego dnia o tej samej porze, pracowałam, pływałam, opalałam się, skakałam do wody z trampoliny, jeździłam na nartach wodnych, tubing, bear pong i takie tam- a jedzenie zawsze było, kawka, nie kawka, ciasteczka. Potem, przy miesięcznym zwiedzaniu i życiu na walizkach ( co 3 dni nowe miejsce, hostel) było już ciężej, ale tu- Erasmusem chyba zostane na zawsze, tego się nie da opisać:P Once Erasmus, always Erasmus jak to mówią:P Przenocowanie paru osób odwiedzających mnie z Polski - a - troche ich było, poskutkowało tym, że praktycznie nie mam już kontaktu z moją madziarską wspóllokatorką ("co robi ten makaron w zlewie?!", "mają się wynieść jeszcze dziś!!") , przez pierwszy tydzień miałam wrażenie, że spędzam pół dnia zmywając naczynia, po pierwszych 2 tygodniach nie potrafiłam sobie przypomnieć dnia w którym nie byłam na suto zakrapianej imprezie- aż wkońcu przyszedł czas jedzenia wyłącznie jabłek oraz muesli - dieta, od której powinnam chudnąć, ale na mnie nic nie działa:P I oto wczoraj wkońcu zebrałam się aby kupić bilet do Opery, bo jak można żyć w tym cudownym, monumentalnym mieście, i nie pójść do Opery? Na koniec- trochę Budapesztu i gulasz:P Podsumowując, jest dobrze, jest świetnie, polecam każdemu! :) 
Ania